Gimnazjum im. Polskich Olimpijczyków w Szczebrzeszynie
 07/09/2010 16:52
Nawigacja
Strona Głowna
Aktualności
Rekrutacja
Historia Szkoły
Pracownicy
Dyrekcja
Nauczyciele
Pracownicy obsługi
Pracownie
Galeria pracowni
Zajęcia pozalekcyjne
Chór szkolny
Koła zainteresowań
Teatr
Klub Europejski
Samorząd Uczniowski
Kontakty zagraniczne
MUKS Roztocze
Historia
MUKS Obecnie
Osiągnięcia
Gazeta 'Gemjusz'
Artykuły
Redakcja
Młodzi twórcy
Wycieczki Szkolne
Konkursy
Sport
Ogłoszenia
Kontakt
Artykuły
"Gemjusz" 2008 r.
SMAK SŁODKIEJ ZEMSTY

Czasami trudno jest nam znieść ból (fizyczny bądź psychiczny), jaki towarzyszył nam, kiedy ktoś wyrządzał nam jakąś krzywdę. Najczęściej po tym pierwszym uczuciu , następuje kolejne – chęć wynagrodzenia sobie zadanego cierpienia. Mamy wtedy do czynienia z ZEMSTĄ. Zemsta może przybierać różne formy i określenia. Jeśli chodzi o to drugie, najczęściej mamy do czynienia z hasłem „słodka zemsta” - słodka, czyli jaka?
Pod tym pojęciem kryje się wiele, wiele określeń, więc dla każdego może ono oznaczać coś całkiem innego, jednakże chyba wszyscy zgodzą się, że „słodka zemsta”, to taka, której skutek, jest taki, jaki sobie zażyczyliśmy. Chyba właśnie w takich momentach, kiedy to wszystko idzie po naszej myśli, możemy mówić o „słodkiej zemście”.
A teraz inne pytanie: po co?
Czy potrzeba zemszczenia się jest aż tak nieodparta, że musimy TO zrobić? Koniecznie musimy skrzywdzić kogoś, tak samo, jak on nas? Warto się nad tym zastanowić, bo w sumie smak zaplanowanej przez nas zemsty, może rzeczywiście okazać się słodki, ale skąd mamy wiedzieć, co stanie się potem? Może my też zostaniemy upokorzeni? Ha, no i co wtedy będzie? W takich sytuacjach wyjść jest niewiele – najczęściej wybieramy między rozejmem a dalszym toczeniem walki.

„Słodka zemsta” może okazać się „słodszą od miodu” (Homer, Iliada), ale równocześnie może przybrać formę totalnego niewypału. Wiadomo, od nas zależy, jak to wszystko się skończy i czy komuś przyniesie to jakieś korzyści. Ech, ale w sumie, to i tak... „zemsta i na chromym koniu dojedzie” :>

Gośka

"Inne życie, drugi świat, druga codzienność..."


Inne życie? Co możemy ukoronować takim mianem? Mężów, którzy zdradzają swoje żony, zamiast na delegację, jadą do tej drugiej, lepszej rodziny? To także, lecz nie w tym leży problem.
Czy zdajemy sobie sprawę, ilu z naszych kolegów jest uzależnionych od komputera? Ich życie to jedna wielka gra komputerowa. Wróciwszy ze szkoły, zamiast obiadu, żywią się obrazem krwi, zabójstw, przemocy, całą noc siedzą przy kompie, nie mają czasu na higienę ciała, sen, nie mówiąc o spotkaniach towarzyskich czy też aktywnym trybie życia. Zamiast pełnowartościowego posiłku-słodycze, niezliczone litry coli, batoników, kilogramy frytek. Ich problemy to m.in.:brak energii, otyłość, jednak podstawowym problemem jest tutaj umysł człowieka, który popada w trans. Nie potrafi normalnie funkcjonować, nie cieszą go podstawowe rzeczy. Układ nerwowy takiego człowieka zapada w "sen zimowy". Oceny w szkole radykalnie pogarszają się, przyjaciele stopniowo odchodzą. A oni zostają sami w tej swojej, innej rzeczywistości. Czym różni się ona od naszej, w czym jest lepsza? Nie ma tam praw, ograniczeń, każdy rozlicza się na własną rękę. W tamtym świecie jesteś tym, kim w danej chwili zechcesz. Pieniądze? W realnym świecie, aby je posiadać-musisz mieć albo dzianych rodziców albo uczyć się i zdobyć je samemu, a tam- liczy się tylko chwila. Osoby te chcą, aby ich życie było proste, jak gra komputerowa-zero odpowiedzialności-nieważne co przyniesie jutro, liczy się chwila. Powoli realizują swój plan. Ich gra odbiera im wolność, przejmuje władzę. Przemoc jaką stosują w kontaktach z innymi postaciami z gry, wcielają w życie. Często zapominają, co jest dobre, a co złe.
Musimy pomóc takim osobom. Nie tylko wizyta u psychologa będzie pomocna, ale także wsparcie rodziny, która zamiast krytykować, okaże miłość i zrozumienie. Pomoże przejść przez to piekło i zrozumie, że uzależnienia to nie tylko papierosy i narkotyki.

ilona


"Gemjusz", październik 2007 r.
"MOJE HOBBY : ZAKUPY"

Wielkie centrum handlowe, półki aż uginają się od supermodnych, (a czasem niestety superdrogich) ciuchów. A ty? A ty właśnie dostałaś comiesięczne kieszonkowe lub jak zwykle udało ci się zaoszczędzić trochę kasy i nie musisz, ale chcesz je wydać na „coś” fajnego. Chociaż wiesz, że kaska z kieszonkowego ma ci starczyć na calutkie 30 dni, kupujesz bluzkę, kolejną „do kolekcji”. A w domu, no cóż, bluzeczka nie wydaje ci się już tak cudowna jak w sklepie. Tak, więc po tygodniu, (no może po miesiącu) rzucasz ją w kąt. I kupujesz następną, i jeszcze następną, może dziesiątą parę dżinsów, kolejną spódnicę, piętnastą parę butów. Zawsze wydaje ci się za mało, choć po każdym z tych zakupów czujesz, że znów niepotrzebnie wyrzuciłaś pieniądze w błoto, bo i tak masz swoje ulubione ciuszki, w których chodzisz na okrągło.
To wszystko można określić jednym słowem:, ZAKUPOHOLIZM. Chociaż może wydaje się to dziwne, zakupoholizm, to nałóg, w który popada coraz więcej młodych ludzi, (oczywiście 90% zakupomaniaków to kobiety). Niektórzy porównują to uzależnienie do bulimii (!), ponieważ moment kupowania jest bardzo przyjemny, ale ZAWSZE potem pojawiają się złość i wyrzuty sumienia, że znowu niepotrzebnie wydaliśmy „kupę forsy”.
Zakupoholicy często kupują coś niezbyt ładnego, na siłę, tylko po to, by wydać kasę, bo przecież jestem w ogromnym sklepie, mam pieniądze w kieszeni i grzechem byłoby czegoś sobie nie zafundować.
Jasne jest, że jeśli raz na jakiś czas, sprawimy sobie nowy ciuszek, który jest nam akurat potrzebny, albo, który upatrzyłyśmy sobie i odkładałyśmy na niego „każdy grosz”. Gdy wybierzemy się na wielkie zakupy z kumpelkami, ot tak, aby poprawić sobie nastrój i poprzymierzać fajne „kiecki” , nie można tego nazwać zakupoholizmem. Warto jednak pamiętać, aby nie przesadzać.
Tak naprawdę uzależnienie, o którym mówimy, powinno leczyć się u psychologa, jednak nie każdy zdaje sobie z tego sprawę i nie przyznaje się do nałogu.
Toteż najprawdopodobniej w najbliższych latach w Polsce ilość ludzi uzależnionych od zakupów będzie rosła, a sklepy odzieżowe będą wzbogacać się na tych, w gruncie rzeczy, nieszczęśliwych osobach.
A więc, kochane nastolatki uważajcie na to, w jaki sposób wydajecie swoje pieniądze, tak, aby nie był on zupełnie bezsensowny. Przecież lepiej nazbierać sobie trochę więcej pieniędzy i kupić nową MP3-ójkę, czy telefon, niż wydawać je po trochu, tylko po to, by zapełnić miejsce w szafie.

Karolina

"Gemjusz", marzec 2007 r.
"SZMATŁAWCE"
Jest sobotni poranek [czyli ok. 11-12 rano]. Dostaję polecenie: Kamil idź po zakupy! Oki - wolę to niż sprzątanie... Przeglądając listę, zmierzam z jednego sklepu do drugiego i na końcu został mi sklep chemiczno-przemysłowy. Kolejka przez cały sklep, więc musiałem czekać. Dla zabicia czasu zacząłem przeglądać obok stojącą prasę. Na górze jakieś "Przyjaciółki", "Naje" i inne poradniki. Niżej "Ciężkie Karabiny Maszynowe" ;], a bliżej środka jakieś skupisko różowego koloru. Spoglądam na okładki i co widzę poza różem? "Bravo story", "Jak poderwać chłopaka", "Jak się całować"... Szczerze? Szkoda słów.
"Gazety" [o ile można tak to nazwać] o takiej tematyce to jest opis życia zdesperowanych nastolatek kochających się w chłopakach z plakatów itp. Najbardziej dziwi mnie to, iż pisma tego typu są w sprzedaży, czyli mają czytelników. Struktura takich "szmatławców" jest bardzo prosta. Przypomina ona swoją budową fora. Nieszczęśliwie zakochane dziewczynki [czasami też płeć męska!] w średnim wieku 12 lat zadają pytania "ekspertom". W końcu, jak nie wiemy skąd się biorą dzieci, to najlepiej napisać do b&*$#!
Pytania są często tak żałosne, że nie wiem, czy śmiać się czy płakać... To jest mniej więcej coś takiego, jak pytać czy wodę na herbatę gotuję się w temperaturze ujemnej czy dodatniej albo ile jest wody w kranie. Jeżeli takie dzieci mają pieniądze na te gazety, tzn., że mają też rodziców. Jeżeli mają rodziców, to nie mogą im zadawać takich pytań?! Ja się zastanawiam, czego uczy się w tej szkole... Przecież szkoła to nie tylko nauka w klasach przez nauczycieli, ale także przez kolegów. Nawet jeśli nie mamy w klasie takich specjalistów, to od czego jest starsze rodzeństwo albo telefony zaufania? [dzwońcie na 112 albo na 997 – tam pomagają we wszystkim ;)].
Na zakończenie pokażę Wam kilka przykładów z życia [dokładniej to ze szmatławców] wziętych...: [to są cytaty – nie poprawiam błędów!]

Marcin 18 lat
„Koledzy śmieją się ze mnie ze jeszcze nie piłem alkocholu (alkoholu) ani nie całowałem się z dziewczyną, co mam im odpowiadać POMOCY”

Małgosia 17 lat
„Drogie Bravo mam 17 lat i straszny problem. Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że przez pocałunek można zajść w ciążę. Czy to prawda?? I czy chodzi tylko o taki w usta czy w policzek też? Proszę o szybką odpowiedź wierna czytelniczka Małgosia z Pcina Dolnego”

Ola 19 lat
„Kochana Kasiu! Ostatnio współżyłam z moim chłopakiem bez odpowiedniego zabezpieczenia. Teraz (po 4 miesiącach od tego zdarzenia) zauważyłam małego guza pod kolanem. Czy może to być ciąża pozamaciczna??!! Proszę pomóż !”

Aga 12 lat
Drogie bravo !
„Mam na imię Aga i mam 12 lat. Piszę do was, ponieważ mam ogromny problem. W naszej klasie są już tylko dwie dziewice (tzn. ja i nasza nauczycielka), postanowiłam więc, że nie mogę stracić dziewictwa ostatnia zwłaszcza, że za trzy tygodnie nasza nauczycielka (31lat) wychodzi za mąż i pewnie to zrobi. Chciałam zrobić to z Mariuszem najprzystojniejszym chłopakiem w naszej podstawówce, jednak on powiedział, że dziewczyny mu nie w głowie, bo chce zostać trenerem pokemonów:-/Co mam zrobić żeby przekonać Mariusza do tego pierwszego razu, nie mogę przegrać z pokemonami, bo to będzie wstyd na całą szkołę .POMOCY”

Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim miłego dnia :)

© by Kamil 'pavlick' Pawliczuk

"Gemjusz", luty 2007r.
"PRZYJAŹŃ CZY WYZYSK?
Wyróżniamy wiele rodzajów zdrad. Zdrada partnerska, zdrada stanu, zdrada tajemnic…
Najgorsza jest jednak zdrada przyjacielska. Chyba niejedna osoba tego doświadczyła. A jeśli nie, to jest prawdziwym szczęściarzem, a jego przyjaciel w pełni zasłużył na to miano.
Jest wiele osób, które zostały, w pewien sposób wykorzystane przez przyjaciół, którzy nadużyli ich zaufania, aby osiągnąć własne cele. Straszne, ale jakże prawdziwe…
Nie jest miłe, kiedy osoba, którą uważaliśmy za kogoś, komu możemy zaufać, na kim możemy polegać w każdej sytuacji, nawet tej najgorszej, okazuje się zwyczajną modliszką. Takim pasożytem, który ze znajomości z tobą czerpał tylko korzyści. Takie osoby łatwo rozpoznać. Najczęściej są to ludzie, mający tzw. gadane (niekoniecznie mądrze muszą to robić, ale zawsze), bardzo przebojowi, niedający ci dojść do głosu, zawsze umiejący przekonać o słuszności swojej racji. No, i oczywiście podstawa: to doskonali aktorzy, którzy niczym kameleon maskują swoje prawdziwe JA.
W tłumie mili dla każdego bez wyjątku, w twojej obecności obgadują innych, w obecności innych obgadują ciebie. Nigdy się nie kłócą, nie obrażają. Ich mocną stroną jest to, że potrafią znakomicie wykorzystać twoje „mocne - słabe” strony (życzliwość, chęć niesienia pomocy).
Spotkaliście kiedyś taką osóbkę? Zapewne tak. Jeśli nie w swoim otoczeniu to w otoczeniu innych. Tacy ludzie są, będą i byli jak świat światem. I nie myślcie, że jestem pesymistką, bo taka jest smutna prawda. Coraz rzadziej możemy spotkać ludzi kumplujące się z nami bezinteresownie, ot tak, ze zwykłej sympatii. Prawdziwi przyjaciele w dzisiejszych czasach, gdzie każdy pędzi do władzy, pieniędzy i sukcesu, to wyjątki. A jeśli ktoś z nas twierdzi, że ma wielu przyjaciół, niech zapamięta słowa Arystotelesa:
„ Mieć wielu przyjaciół to nie mieć żadnego”. I tym akcentem zakończę swoje rozważania.

Bara-bara

"Gemjusz", styczeń 2007r.
JAK CIĘ SŁYSZĄ, TAK CIĘ PISZĄ! :)
Szkoła, rozmowa dwóch nastolatków:
Stary widziałeś ku**a wczoraj mecz? -Ku**a, ale zje**li!- wtrąca drugi, - 3:1 gorzej nie mogli tego spier***ić!- dodaje.
Na podobną, dosyć szokującą konwersację często możemy natknąć się na naszych gimnazjalnych holach. Ale nie tylko w szkole spotykamy się z wulgaryzmami. Młodzi ludzie często wynoszą je z domu, z telewizji, brutalnych gier komputerowych i z gazet. Codziennie słyszymy, jak wielu naszych znajomych używa brzydkich wyrazów, jednak nie reagujemy na nie, bo wydaje nam się to normalne, przecież prawie każdy z nich korzysta. Robimy z nich użytek z różnych powodów: kiedy jesteśmy zdenerwowani, gdy chcemy kogoś sprowokować, aby wkupić się w łaski znajomych, albo dlatego, że tak jest modnie. Niektórzy „bluzgają” z nawyku lub wypowiadają te słowa nieświadomie.
Tu warto się zastanowić skąd wzięły się wulgaryzmy, wydaje się, że były w naszej mowie od zawsze. Przekleństwa są w każdym języku i w każdej kulturze, a przecież używanie brzydkich wyrazów właściwie nie powinno mieć miejsca, ponieważ są naruszeniem norm współżycia społecznego, brudzą one nasz piękny język, negatywnie wpływają na naszą opinię, są niekulturalne i nieprzyzwoite. Jednak, w wulgaryzmach możemy doszukać się małych plusów. Przecież są one jedynie słowami, które pomagają nam w wyrażeniu swoich skrajnych emocji. Możemy dać tu bardzo prosty przykład:
Kiedy idąc chodnikiem potkniemy się często wołamy: „O ku**a!”. A gdyby nie to jedno krótkie słowo, w którym zawarte jest wszystko, co w danej chwil myślimy, pewnie powiedzielibyśmy: "Bardzo mnie irytują nierówności chodnika, które znienacka narażają mnie na upadek. Nasuwa mi to złe myśli o władzach gminy".
Tak, więc czasami można pozwolić sobie na użycie opryskliwego wyrazu, ale trzeba mieć w nich umiar i wiedzieć, w jakich okolicznościach możemy to robić.

K&A

"Gemjusz", wrzesień 2006r.

Marsz marsz Dąbrowski...

Patriota - kto to taki? Według szkolnej definicji jest to człowiek, który dla ojczyzny da z siebie wszystko i bez względu na sytuację, w jakiej się znajdzie, będzie jej wierny. Muszę jednak dodać, że patriota powinien też umieć śpiewać swój hymn narodowy, a także znać i dbać o swoje symbole narodowe. Z wielką przykrością muszę przyznać, że taką postawą nie wykazał się nasz premier Jarosław Kaczyński, który tak niedawno wydał z siebie szereg oryginalnych dźwięków do słów Wybickiego. Fakt, Kaczyński nie jest Dodą, ale i tak uważam, że jako prawdziwy Polak powinien znać tekst „Mazurka Dąbrowskiego”. Bo, kto by pomyślał, że taki dojrzały człowiek, który zajmuje dość wysokie stanowisko w państwie, nie umie zaśpiewać swojego hymnu narodowego?
Jedyną dobrą stroną tego wstrząsającego wykonania jest to, że wideoklip ze śpiewu p. Kaczyńskiego może stać się wzorcem dla dzieci, jak hymnu nie wolno wykonywać.
Myślę, że ten popis wokalny jednego z braci Kaczyńskich powinien trafić do szkół, gdzie rząd już planuje patriotyczną falę edukacyjną, mającą zastąpić falę koszarową.
Kolejnym przykładem cudownego wykonania utworu Wybickiego jest występ Edyty Górniak na mistrzostwach futbolowych w Korei, gdzie nasza supergwiazda poeksperymentowała sobie z hymnem, za co potem chciano ją podać do prokuratury za zniewagę narodu polskiego. Zastanawiam się tylko, jak brzmiałby „Mazurek Dąbrowskiego” po połączeniu tych dwóch wstrząsających recitali…
Na końcu chciałabym też wspomnieć, że coraz częściej zdarza się, że my, młodzież polska, nie śpiewamy naszego hymnu, a nawet czasami nie potrafimy przyjąć postawy na baczność -wymaganej przecież przy wykonywaniu hymnu. Takim zachowaniem udowadniamy, że nie mamy żadnego szacunku do własnego kraju i, że do patriotów brakuje nam jeszcze dużo, bardzo dużo.

Patrycja


ŚCIĄGANIE - OSZUSTWO CZY ZARADNOŚĆ ŻYCIOWA


Klasówka czy odpytywanie to chwila, gdy musimy zaprezentować swoją wiedzę. Ale co zrobić, gdy nic się nie nauczyliśmy, bo dziwnym trafem byliśmy bardzo zajęci czymś zupełnie innym? Przyznać się i dostać, słusznie zresztą, jedynkę? O nie! To w ogóle nie wchodzi w rachubę. Prawdziwy polski uczeń jest zawsze przygotowany na taką sytuację i posiada, najczęściej w piórniku, maleńką karteczkę potocznie zwaną ściągą. Niepozorna ta pomoc naukowa niejednego z nas uratowała przed jedynką. Ale czy aby na pewno jest to dobry sposób? Tutaj zdania są podzielone. Jedni są „za” drudzy „przeciw”.
Cóż… Póki co tych pierwszych jest znacznie więcej i nic nie wskazuje, że to się zmieni.
Po ściągę sięgają chłopcy i dziewczyny w gimnazjach i liceach, publicznych i prywatnych, świeckich i wyznaniowych. Ściąganie w Polsce to nie przestępstwo, lecz zaradność życiowa i niekiedy wręcz powód do dumy. Badania przeprowadzone w niektórych szkołach wykazały, że co trzeci uczeń ściąga i nie widzi w tym nic nieodpowiedniego. Nasz kraj jest jednym z niewielu w Europie, gdzie ściąganie traktuje się z przymrużeniem oka. W Danii ten problem nie istnieje, ponieważ uczniowie ściąganie uznają za niemoralne i nawet o nim nie myślą. Za ściąganie podczas egzaminów grozi wykluczenie ze studiów, kara pieniężna, a nawet opublikowanie danych studenta w prasie. Dla Amerykanów, Anglików, Japończyków czy Niemców ściąganie jest gorsze od kradzieży. W języku angielskim nie ma nawet słowa ściągać. Oni nazywają rzecz po imieniu – cheating (oszukiwać). Wszystkie przypadki są nagłaśniane w prasie. Gdy ściągającemu udowodni się oszustwo, jest natychmiast wydalany z uczelni. Pod tym względem Polska cieszy się bardzo złą renomą.
Wróćmy jednak do polskiej szkoły. Generalnie klasy podzielone są na dwie grupy. Tych co się uczą i zawsze są przygotowani na sprawdzian, i na tych, którzy olewają sobie to, czy się nauczą czy nie, bo wiedzą, że zawsze się im jakoś uda. A to podpowie jedna, to druga osoba, a to się zobaczy na ściądze i jakoś przejdzie. Jednak czy ci, którzy ściągają, zastanowili się choć raz, jakie to jest denerwujące? Bo jak tu napisać cokolwiek, gdy ze wszystkich stron nabiegają natarczywe szepty z prośbą o pomoc?

A oto jak ściąganie postrzegają uczniowie naszej szkoły:

- Edyta: Dla mnie ściąganie jest to zwykła pomoc naukowa i nie widzę w tym nic złego, jeśli ktoś chce ściągać, to czemu nie?
- Olga, Sylwia i Marta: Życie bez ściągania, jest jak lokomotywa bez torów- nie ściągasz, nie jedziesz.
- Asia: Dla mnie ściąganie to zwykłe oszustwo.

Bara-Bara

Gemjusz, październik 2006r

SAMOTNI W TŁUMIE

"Samotność to taka straszna trwoga", śpiewał nieżyjący już wokalista zespołu „Dżem”, Rysiek Riedel. Dziś będzie parę słów na ten właśnie temat. Samotność zdecydowanie potrafi być najgorszym wrogiem sensu życia. Tak przynajmniej wynika z moich własnych z nią doświadczeń.
Jak zachowuje się bowiem przeciętny człowiek w zderzeniu z tym stanem? Ucieka. Szuka ludzi, towarzystwa, niejednokrotnie czując się w nim jeszcze bardziej osamotniony, niezrozumiany (tzw. samotność w tłumie). W ostateczności szuka sobie jakiegoś zajęcia, by tylko nie czuć, nie myśleć.
Dlaczego tak bardzo boimy się samotności? Co w niej takiego złego? Rozkładając ją na mniejsze cząstki możemy się jej dokładniej przyjrzeć. Z pewnością dla każdego z nas oznacza co innego.
Gdy jesteśmy młodzi brak nam kogoś, kto nas zrozumie, będzie blisko, z kim możemy wyjść z domu, bawić się i śmiać, kogoś, kto w każdej sytuacji nas zrozumie i pomoże. Na starość boimy się, że po prostu nie damy sobie rady, gdy ciało przestanie być sprawne. Ale myślę, że i młodszym, i starszym ludziom doskwiera podobny smutek - nie ma nikogo, kto chciałby być blisko dla nas samych. Bo jesteśmy i chcemy zaistnieć w czyimś sercu, bez względu na wiek. Wiele też zależy od naszych wcześniejszych doświadczeń. Jeśli jako dzieci byliśmy, np. zdominowani przez dorosłych, poddani nieustannej kontroli i pozbawieni autonomii, możliwe jest, że będziemy unikać ludzi, bo to da nam poczucie, że się wreszcie uwolniliśmy.
Może się zdarzyć, że będąc sami czujemy się, co prawda, samotni, jest nam z tym źle i smutno, ale z ludźmi mamy poczucie że się dusimy. Wydaje się nam, że jesteśmy jakoś ograniczeni, brak nam przestrzeni do życia, a jednocześnie nie odczuwamy satysfakcji z kontaktu z innymi. Jednak gdzieś głęboko w sercu czai się tęsknota za kimś, przy kim wreszcie nasza znienawidzona samotność zniknie. Duża część naszego "ja" wciąż tkwi w dziecięcych uczuciach i schematach postępowania. Warto się nad tym zastanowić, a zazwyczaj robimy to, gdy źle się dzieje w naszym życiu, naszych relacjach, naszych emocjach. Jednak wychodzenie z wszelkich problemów rzadko udaje się od razu. Jest to proces stopniowy, wymagający cierpliwości.
Na koniec jeszcze parę zdań na temat innego, bardziej pozytywnego aspektu samotności. Są sytuacje, gdy jest ona bardzo korzystna. Jakie? Wbrew pozorom jest ich całkiem sporo: gdy chcemy odpocząć, gdy chcemy się nad czymś zastanowić, pomodlić się, pomedytować, popracować nad czymś, np. takim tekstem jak ten:). Jest dopełnieniem naszego życia, które przecież nie może być w 100% wypełnione ludźmi i kontaktami z nimi. Gdyby tak było, prędko stałoby się to taką samą pułapką, jaką jest dla niektórych z nas samotność…

Bara-Bara


Gemjusz, listopad 2006r.

"PACHNĄCY INACZEJ"

Jakże byśmy chcieli móc powąchać kwiatki, przenieść się na zielona łąkę czy pobujać w ozonowych marzeniach…, lecz to nie jest takie proste, ponieważ w szkole panuje smród i brud wywołany przez osoby zwane potocznie BRUDASAMI!!! Stanowią one mniejszość w naszym gimnazjum, ale i tak nie dają nam przyjemności rozkoszowania się świeżym powietrzem.
Niestety tradycją wielu osób jest mycie się z soboty na niedziele, więc sprawia to, iż nie da się wytrzymać w towarzystwie zapoconych, brudnych, z kluchami na głowie i z nieświeżym oddechem osób.
Najbardziej irytuje nas w śmierdzielach:
- obgryzanie zapuszczonych pazurów i doszukiwanie się pod nimi platyny,
- odór z jamy ustnej,
- dłubanie w nosie z nadzieją dokopania się do złóż złota, a co gorsza zjadanie jego cennej zawartości,
- miodek w małżowinach usznych,
- głośne połykanie treści zalegających w górnych drogach oddechowych,
- nieogolone włosy pod pachami i smród z nich,
- spływający strumieniami tłuszcz z czupryny na głowie,
- puszczanie bomb z armatek dupnych,
- chodzenie w jednej bluzie przez miesiąc, a już nie mówiąc o bieliźnie i skarpetkach.
A więc panie i panowie brudasy, łapcie w dłonie mały pachnący prostopadłościan (bądź krążek czy elipsoidę-kwestia gustu) zwany potocznie mydełkiem i umyjcie się przed wyjściem z domu. To z pewnością was nie zabije. Polecamy też używanie dezodorantów. Dobre efekty przynosi ogolenie włosów pod pachami. Do dzieła, a wtedy staniecie się obiektem westchnień płci przeciwnej. Otwórzcie swe oczy, uchylcie zawory we własnych nosach, ruszcie głową i zlitujcie się nad cierpiącą grupą ludzi, która musi przebywać w waszym towarzystwie.

Milena i Dominika


Gemjusz, grudzień 2006r.

"AUTORYTET ARCHAIZMEM?"

Autorytet. Co to słowo dzisiaj, dla nas znaczy? Kto jest naszym autorytetem i czy w ogóle go mamy? Nad tymi pytaniami, w dzisiejszych czasach, raczej rzadko się zastanawiamy. A szkoda, bo czasem warto...
Zacznijmy od tego, że AUTORYTETEM nazywamy osobę, która wzbudza zaufanie, jest ekspertem w danej dziedzinie lub wyrocznią w sprawach moralnych. Ma ona wpływ na myślenie i zachowanie innych ludzi. Autorytetem są najczęściej osoby znane, które wsławiły się wśród innych w szczególny sposób. Dla większości ludzi wierzących (i nie tylko) takim wzorem do naśladowania jest papież Jan Paweł II. Zasłynął on swoją osobowością, podejściem do drugiego człowieka i oczywiście dobrocią. Dla innych osób autorytetem może być nawet postać z książki, znana gwiazda, czy po prostu człowiek czyniący dobro.
Niestety istnieje również coś takiego jak zły autorytet, który często narzuca swoją wolę i kieruje się chęcią zdobycia władzy i szacunku. Zamiast wpojonych wartości będzie oferował swoje tak, aby przyciągnąć i przekonać do siebie. Jak dobry autorytet będzie wewnętrznie budował, tak zły będzie niszczył. Takim złym wzorem do naśladowania dla młodzieży, a nawet niektórych dorosłych, często jest jakiś guru (przywódca sekty) lub postać z pierwszych stron gazet, która niekoniecznie zachowuje się w taki sposób, aby warto było brać z niej przykład. Trzeba pamiętać i uważać, żeby te negatywne ,,wzorce” nie przejęły przewagi nad tymi dobrymi.
Aby sprawdzić, co uczniowie naszego gimnazjum myślą o autorytecie, przeprowadziłyśmy sondę:

Na pytanie: ,,Kto to jest według Ciebie autorytet?”
Większość zapytanych, odpowiadała, że jest to osoba, którą darzy się szacunkiem, z której warto brać przykład. Zdarzały się też stwierdzenia, iż autorytet to postać zabawna i ,,fajna”, która zawsze ma coś do powiedzenia.

Gdy pytałyśmy: ,,Kogo uważasz za swój wzór do naśladowania?” Młodzież z naszej szkoły odpowiadała: Jan Paweł II, nauczyciele, (a w szczególności pan Artur Lipski), znana gwiazda, a także kolega z klasy.

Nie zapominajmy też, że naszym największym autorytetem powinni być rodzice, którzy na to zasługują, gdyż lepiej, niż osoby sławne, nas znają, toteż rozumieją nas, nasze problemy i często pomagają nam je rozwiązywać (w czym nam nie pomoże ideał z telewizji).
Podsumowując: Warto mieć swój autorytet, ale uważajmy też na to, kto nim jest, aby nie była to osoba, która nań nie zasługuje.

A&K